Być może deszcz chciałby bębnić o szybę w taki sposób, żeby w pokoju wspólnym stworzyć romantyczny nastrój jesiennego popołudnia. Jednak dzisiaj mu się nie udało. Wiatr łomotał w dachówkach i chyba tylko jakieś czary trzymały je na swoich miejscach. Wył w szczelinach okien i chyba jakimiś swoimi tajnymi ścieżkami przedostawał się do wnętrza, bo ogień w kominku ledwo zipał. Przejście za obrazem, w które wpatrywałam się namiętnie już od jakiegoś czasu, ciągle pozostawało niewzruszone. Sytuacja w mojej głowie była napięta. Wszystko tylko czekało na pojawienie się Jamesa Pottera albo wybuch łajnobomby. Siedziałam przy stole i dłubałam palcem w dziurze za arrasem przedstawiającym wyścigi gnomów ogrodowych w workach po cebuli. Co chwilę najmniejszy gnom się przewracał, w pośpiechu zbierał z trawy swoje zęby i skakał dalej. Prosta rozrywka, w sam raz dla Ślizgonów – pomyślało mi się.
Usłyszałam kroki na kamiennych schodkach i zastygłam. Przed przejściem zatrzymała się grupka dziewcząt (mam nadzieję, bo jeśli chłopiec ma tak piskliwy śmiech, to wróżę mu szybkie i bolesne spotkanie z Lucjuszem Malfoyem). Dziewuszki głośno rozmawiały o wyniku meczu, aż Gruba Dama pouczyła je, że należy podać hasło i nie zakłócać spokoju panującego na portrecie. Po chwili do pokoju wspólnego wysypały się pierwszoroczne, i – o zgrozo – jakiś chłopiec, którego kurczowo za rękę trzymała najmniejsza z dziewczynek. Wyglądali jak Jaś i Małgosia spod piernikowej chatki. Uśmiechnęłam się do nich, kiedy dziewczynka zacisnęła usta i wycedziła do mnie przez zęby:
- Myślisz, że jak jesteś starsza, to możesz mi odbić chłopaka? – zrobiła przy tym wielki balon z Doborowej Gumy Drooblesa. Zatkało mnie, a dziewczynka szarpnęła nadgarstek swojego ukochanego i pociągnęła go na kanapę przed kominkiem, gdzie rozpoczęli grę w gargułki, zaraz po tym, jak upomniała go: „Pamiętaj, że mam raz wygrać, bo inaczej będę drażliwa!”. Słodka i urocza!
Głowa Jamesa Pottera nadal nie pojawiała się w przejściu za obrazem. Co więcej, nie pojawiała się tam żadna jego część ciała i to zaczynało mnie coraz bardziej martwić. Pełnia się już dawno skończyła i powinien był wrócić, szczególnie, że a) nie opuściłby meczu (szczególnie jak Puchoni spuszczają bęcki Krukonom) oraz b) OBIECAŁ MI!
Zgrzytnęłam zębami, wstałam z fotela i w ostatniej chwili udałoby mi się złapać spadający kałamarz, gdyby nie fakt, że stanęłam sobie na szatę.
- Ładnie Evans! Gustowna plama. Dawno nie widziałem cię niczym nieupaćkanej. Zapomniałem już jak wyglądasz pod spodem – rubaszny rechot Syriusza Blacka wypełnił pomieszczenie.
- Weź sobie kąpiel przeciwpchelną i o tym podyskutujemy – uśmiechnęłam się do niego złośliwie i zaczęłam szukać różdżki w kieszeni.
- Pomogę ci!- James wycelował we mnie różdżką.
-NIE! To znaczy… dzięki, ale ostatnio usunąłeś ze mnie plamę razem z bluzką… - zaczerwieniłam się lekko, bo słysząc własne słowa, przeczuwałam co za chwilę nastąpi.
- Rooooooogaty! Ty szczwany lisie! Jednak TY wiesz jak Evans wygląda pod spodem! – chłopcy zaczęli się śmiać i poklepywać Jamesa po plecach. No ładnie, instynkty stadne.
- No, no, no! Już! – Potter pomachał ręką i rozczochrał sobie włosy. – Kto wygrał?
- No kto? – uniosłam brwi. Że niby ja mam wiedzieć?
- TO NIE BYŁAŚ?!
- A miałam? Zimno jest… - zatrzepotałam rzęsami.
- Ale… Lily! Są jakieś priorytety! No… to był.. MECZ! – prawie ze łzami w oczach James czochrał sobie włosy.
- Ale to nie wy graliście. A poza tym… - tłumaczyłam się.
- No dobra, żartowałem – James objął mnie ramieniem i pocałował w skroń. – Jadłaś coś? Jestem głodny jak wilk.
- Dobrze, że nie jak jeleń, bo liście już opadły- o ciętą ripostę pokusił się Peter. Zacisnęłam usta, żeby nie śmiać się z reakcji Syriusza, który robił wszystko, żeby ugryźć się w język. W końcu przełknął jakąś wielką kulę śmiechu, która urosła mu w gardle i powiedział:
- Glizduś, idź sprawdź co na kolację – klepnął Petera w tył głowy, a ten przygryzł sobie koniec języka.
Wywabiłam plamę ze spódnicy i razem z moimi kolegami wyszłam na chłodny korytarz. Z Wielkiej Sali hałas dochodził aż do północnego skrzydła. Im niżej schodziliśmy, tym głośniej się robiło w szkole.
- Nie zazdrościcie, że jest hałas, który nie wy wywołaliście? – zapytałam zaczepnie.
Syriusz aż przystanął.
- Ty! Faktycznie! – podrapał się w głowę i sięgnął po różdżkę.
- Czekaj! Sklepienie wysadzimy jak zjemy paszteciki z dyni- James złapał go za ramię.
- No też prawda, potem ten pył mi leży na żołądku… - zgodził się Syriusz i otworzył przed nami drzwi do Wielkiej Sali.
W środku roiło się od żółtych piórek, kwiatków i różnych innych, tak zwanych, ozdób. Skrzywiłam się, bo pomyślałam, że trzeba to teraz będzie wydłubywać z puddingu. James w tym samym momencie wygłosił podobną uwagę, tylko inaczej…
- Myślicie, że pasztet z Puchona jest dobry? – spojrzał groźnie na stół naszych przyjaciół z Hufflepuffu.
- Słuchajcie! Słuchajcie, na kolacje są paszteciki z dyni - przybiegł do nas zdyszany Peter. W dłoni ściskał już jeden pasztecik, a drugi ewidentnie już zginął, bo ślady zbrodni pozostały na jego szacie.
* * *
- Cicho! - zakryłam Amandzie usta.
- Bfszabgfm?!
- Co?
- OSZALAŁAŚ?!
- Zamknij się, potrzebuję Twojej pomocy – siadłam obok niej na łóżku.
- A, i w ten oto przeuprzejmy sposób prosisz mnie o przysługę!
- Potrzebuję odznaki prefekta, muszę – przy czym zrozum i pojmij, że to największa forma przymusu – udać się do Hogsmeade. A ten stary maruda mnie nie wypuści.
- A w jakim celu chcesz się tam udać? Nie możesz poczekać dwóch tygodni na kolejny weekend?
- Nie, muszę iść na pocztę! – wypaliłam.
- A co, sowiarnia nieczynna?- uśmiechnęła się do mnie ironicznie moja do tej pory najlepsza przyjaciółka, która była na dobrej drodze, żeby ten tytuł stracić bezpowrotnie.
-Oj Am… No muszę kupić prezent Jamesowi, bo zapomniałam o jego urodzinach – jęknęłam zdesperowana. Amanda, której nieszczególnie odpowiadała moja nowa forma relacji z Jamesem Potterem, skrzywiła się.
- To jesteście parą?
- Nie, nie jesteśmy parą, tylko się tak blisko… przyjaźnimy - uśmiechnęłam się, starając uniknąć drażliwego tematu.
- To wybaczy Ci brak prezentu – wzruszyła ramionami. Miałam ochotę kopnąć ją w tyłek.
- Co, mam cię błagać?!
- Kiedy on ma te urodziny?
- No jutro!
- To jesteś trochę w d…kropce.
- W bardzo głębokiej kropce! – przytaknęłam kwaśno.
Amanda wygrzebała się spod stosu kołderek, podusi i kocyków w księżyce, żeby dać mi swoją pelerynę. Pocałowałam ją w czoło radości.
- Mam nadzieję, że to doceniasz! – powiedziała.
- Mam nadzieję, że doceniasz fakt, że nie rzuciłam na ciebie Drętwoty, albo Petrificullusa i nie wzięłam jej sobie sama?
- Wtedy dostałabyś szlaban, a ja bym się postarała, żeby Snape spędził go razem z Tobą – pokazała mi język. Westchnęłam. Severus.
* * *
Ledwie świtało, kiedy pierwszy raz wdepnęłam w kałużę pod zamkiem. Wracałam z zakupów ukradkiem, a i tak jestem pewna, że Hagrid mnie widział, kiedy nadepnęłam na łańcuch, do którego było przymocowane ogromne coś.
W drzwiach Wielkiego Holu czekał na mnie nikt inny, jak Filch.
- No no no, panienka Evans zapomniała, że nawet prefektów obowiązuje CISZA NOCNA.
- Ale nie prefektów na dyżurze- odpowiedziałam spokojnie.
- No tak… noc spokojna w Zonku?
- Słucham?
- Dyżurowałaś w Hogsmeade – wycelował paluchem w moje torby z zakupami. Czasami mam się za mniejszą idiotkę niż faktycznie jestem. – Taaak… masz rację, nie ma sensu się tłumaczyć, chodź.
Skinął głową i wskazał mi wejście do lochów, czy też – do jego gabinetu.
- Filch, zaczekaj! – Zza rogu pojawił się Slughorn.
- Czego… pan sobie życzy, profesorze?
- Moja uczennica, Lily Evans właśnie szła do mnie, prawda Lily? – uśmiechnął się dobrotliwie, gdzieś spomiędzy swoich licznych podbródków.
- Naturalnie, panie profesorze!
- Wysłałem ją do Hogsmeade z samego rana po bardzo potrzebny mi składnik do
eliksiru, sam wiesz...- Slughorn poklepał Filcha po ramieniu.
- Nie mógł pan wysłać skrzata? – woźny aż zazgrzytał zębami. Jestem pewna, że marzyło mu się wychłostanie z rana jakiegoś uczniaka.
- Mogłem, ale Lily to moja najlepsza uczennica. Tak, to my już pójdziemy. Dziękuję za odprowadzenie, Filch! – profesor gestem zaprosił mnie do środka.
- Dziękuję panie profesorze – westchnęłam z ulgą, kiedy siedziałam już bezpiecznie w fotelu w jego gabinecie.
- Nie ma za co Lily, to tylko szlaban. Który ci się należał, tak swoją drogą. Wiesz jak niebezpiecznie jest teraz w pobliskich wioskach. Wiesz, żeszmalcownicy się tu kręcą i czekają, aż któreś z was się zapomni. Po co ci takie problemy? Chcesz skończyć jako przysmak dla hipogryfów albo jeszcze co gorszego? – Przyjazne oblicze Slughorna zrobiło się teraz bardzo surowe i nieprzejednane. Jednakże miałam w torbach ukrytą tajną broń. Ananas z czekoladzie.
- Oczywiście Lily, wiesz jak mnie podejść, ale to nie zmienia faktu, że szlaban Ci się należy. Wczoraj wieczorem złapałem Severusa Snape’a na ćwiczeniu czarnoksięskich zaklęć na Pufkach. Dzisiaj wieczorem będziecie razem szorowali kociołki na moją poniedziałkową lekcję z pierwszakami. – mlasnął i w jego ustach zniknęło pół pudełka kandyzowanego ananasa. Westchnęłam. Zawsze to lepiej niż zmienianie kuwety kotce woźnego, ale akurat na dzisiejszy wieczór miałam nieco inne plany.
Tak wiem, że skrajnie krótko i ultraniepomojemu, ale... tak mi się dzisiaj zachciało.
Jako dobry poczatek wakacji, dla Lizaka w myśl naszego spotkania, ktore natchnie mnie ilością zrobionych głupot.
Kolejne wakacje czas zacząć!
Po-Sesyjna
Liluś
- Jasne, bo króliki muszą mieć na grobie kwiaty – zacmokał za moimi plecami Syriusz Black, którego w ogóle tam nie zapraszałam (za te moje plecy).
- A czy to RÓWNIEŻ Ci przeszkadza? Jak to, że króliki bywają ŻYWE? - warknęłam. Ciągle byłam na niego zła. Przepraszał mnie już tysiąc razy, ale jakoś jeszcze nie osiągnął nawet połowy drogi.
- Przepraszałem Cię już z tysiąc razy!
- Trzeba było nie rzucać moim królikiem w Bijącą Wierzbę! – otrzepałam ręce i wytarłam je o skraj jego szaty.
- Lily, on i tak by niedługo zdechł – odezwał się Remus Lupin. Spojrzałam na niego i zastanawiałam się, czy zdążę rzucić na niego upiorogacka zanim wyciągnie różdżkę czy nie.
- Eee, Remus… - Amanda pokręciła głową, dając mu sygnał, żeby lepiej zmilczał.
- No co, przecież Lily ma … miała ją od pierwszej klasy, to myślicie, że ile żyją takie króliki? – ciągnął swoją mowę obronną Lupin.
- Na pewno mu nie pomogło dożyć swoich ostatnich dni, jak leciał w stronę Bijącej Wierzby!
- Pomyliłem się!
- Taaaak, a czym chciałeś rzucić? Chyba własnym łbem! – obraziłam się znowu.
Obok na trawie wylądował James. Rozejrzał się po naszych twarzach i pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Jeszcze mu wypominasz? – zwrócił się do mnie.
- On ZAMORDOWAŁ mojego królika!
- To był przypadek!
- Przypadkiem to ty jesteś!
- Też prawda – wyszczerzył się.
Chłopcy parsknęli śmiechem, chociaż widziałam, że starali się tego nie robić tak ostentacyjnie. James oparł miotłę o drzewo i pochylił się nad małą rabatką z bratków, które dał mi Hagrid.
- Może by mu tu jeszcze pomnik wymurować? – zapytał wyciągając różdżkę.
- Jasne, napiszemy na nim „Królik, którym Syriusz machnął o Bijącą Wierzbę”! – Peter koniecznie chciał być zabawny. Kopnęłam go w tyłek.
- Spokój, bez przemocy! Lily, wiemy, że przechodzisz ciężki okres…
- Zapewniam cię, że gdyby to był jej ciężki okres, to murowaliby tutaj twój pomnik – mruknęła Amanda.
- A co ty o tym wiesz ? – zainteresował się Remus.
- Dobra, dobra! Ludzie! Robimy pomnik? – James wygrzebał z ziemi jakiś kamulec.
- Nie no co ty, weź daj spokój! – Syriusz wytrzeszczył oczy.
- No co? Miałeś rzucić kotem? Miałeś. A rzuciłeś królikiem? Rzuciłeś. To teraz chodź i mi pomóż – powiedział Potter ustawiając kamień nad rabatką.
- Ale nie podepczcie!
- Nie wiem czemu się uparłaś, żeby sadzić je ręcznie.
- Żebyś miał problem jak mnie bardziej nie rozwścieczyć! – pokazałam mu język, ale mnie zignorował i też wyciągnął różdżkę. Po kilku chwilach zamiast kamienia siedziała na moich kwiatkach wielka ropucha. Amanda spojrzała na Syriusza z obrzydzeniem.
- Jesteś pewien, że zdasz te OWTMy?
- O rany trochę się rozkojarzyłem! To przez te kwiaty, czemu one tak cuchną?
- Hagrid je ulepszył, żeby nie zjadały ich ślimaki – wzruszyłam ramionami.
- Nic ich nie zje, bo walą tak, ze pawia można puścić!
- Na razie to puściłeś żabę.
- Bo się zamyśliłem!
- Zaco?
- Aj, dobra jeszcze raz!
Błysnęło, stuknęło i zamiast ropuchy pojawiła się… księżniczka. Nie, niestety. Pojawiła się poduszka z oczami.
James potargał włosy i podrapał się po brodzie.
- Syriusz, może odpocznij… Pobiegaj, się przewietrz…
- Nie, ja umiem zrobić nagrobek!
- No jaaasneeeeee, w końcu tyle w życiu nagrobków postawiłeś – prychnęlam.
- Zaraz poćwiczę nad projektem twojego, Evans!
- Zaraz umrę ze strachu, Black!
- To by nawet pasowało, nie? – odezwał się Peter.
Bezchmurne niebo roztaczało nad moją głową tysiące świetlistych punkcików. Było granatowe prawieczarne. Na samym jego środku tkwiła wielka i ciągle rosnąca srebrzysta tarcza, która nadawała drzewom dziwną poświatę. Zlazłam z parapetu i rozejrzałam się po dormitorium. Amanda zaciągnęła zasłony swojego łóżka, tak samo jak i Carol. Alice spała z głową pod kołdrą, ale stopy miała wystawione poza krawędź łóżka. Sue obejmowała czule swojego pluszowego Gryfa, którego kiedyś wygrała na loterii w Hogsmeade. Westchnęłam. Z nas wszystkich tylko ja miałam problemy ze snem w czasie pełni księżyca.
Usiadłam na łóżku i nałożyłam skarpety. Po dłuższym zastanowieniu, poprawiłam trochę zbuntowaną fryzurę i zmieniłam rozciągniętą koszulkę na nieco bardziej reprezentacyjną. Właśnie wybierałam się po buty, kiedy zobaczyłam, że klatka Cassiopei jest pusta, tak samo jak jej koszyk. Nie było jej też w moim łóżku, ani w żadnym innym, jak się okazało (Amanda spała za to z Transmutacją na nosie). Nieco zdezorientowana nałożyłam kapcie i wyszłam na klatkę schodową. Było cicho, ale jednak nie wszyscy spali. Schodząc do pokoju wspólnego słyszałam, że w niektórych pokojach jeszcze dziewczyny rozmawiają. Zapukałam w drzwi, tak jak zwykle robi to McGonagall i momentalnie zapadła cisza nie tylko w jednym pokoju, ale też w następnym, do którego dopiero się zbliżałam.
W pokoju wspólnym nie płonął już ogień w kominku, co oznaczało, że godzina jest tak późna, że aż wczesna. Podniosłam zwoje pergaminów, które ześlizgnęły się ze stolika. Powoli pchnęłam drzwi prowadzące do klatki schodowej męskich dormitoriów. Wspięłam się po schodach i bez pukania weszłam do środka.
Pomijając swoisty mikroklimat, jaki panował w tej sypialni, było tam coś niepokojąco nieprawidłowego. Nie oznaczało to jednak, że nie było chrapania. Chrapanie było i nawet bez pudła mogłam wskazać tego, kto je produkował. Przeszłam jednak obok łóżka Petera, bo niepokojące dźwięki rozlegały się z kąta.
Było to coś pomiędzy dyszeniem a stękaniem. Przez okno wpadało do środka blade światło, ale było to za mało, żeby coś dostrzec. Wyjęłam różdżkę i zaklęciem zapaliłam światło w pokoju. Od razu usłyszałam skrzypnięcie materaców.
- Co jest do cholery? – wyziewał Syriusz wygrzebując się z pościeli i zasłaniając oczy przedramieniem.- Evans? A co ty tu do cholery robisz! O cholera! – jęknął i owinął się prześcieradłem. Uśmiechnęłam się lekko, ale nie zdążyłam uczynić żadnej ciętej uwagi dotyczącej jego nocnego stroju, bo z łóżka obok wyskoczył James.
- Lily! A co się stało? – zapytał, poprawiając koszulkę i mierzwiąc włosy prawie w tym samym czasie. Teraz to już na pewno nie powiem, że mi się nudziło i chciałam go wyciągnąć na nocny spacer – pomyślałam, kiedy ucichło chrapanie Petera i jego zapuchnięta twarz pojawiła się między kotarami.
- Nie możecie być ciszej? I zgasić światła? I przestać hałasować?
- Nie – Syriusz machnął różdżką i mimo że nie powiedział ani słowa, mogłabym przysiąc, że właśnie przykleił Peterowi język do podniebienia.
W pokoju zapanowała niezręczna cisza, ale tylko na chwilę. Z ostatniego łóżka rozległo się ciężkie westchnięcie. Nie wiem czy tylko udawali, czy naprawdę nie zwracali na to uwagi.
- Czyli co się stało? – powtórzył James, zupełnie jakby wracał do naszej pogawędki.
- A bo nie mogę spać w pełnię – rzuciłam lekko.
- Jeszcze nie ma pełni – odparł szybko Syriusz. James rzucił mu krótkie spojrzenie, które na pewno miało coś wyrażać, ale nie mogłam rozszyfrować o co chodzi. Jedno skinienie głowy, szybki ruch ręką i zasłony ostatniego łóżka zasunęły się z takim impetem, że aż podskoczyłam.
- Twardy sen ma Remus – zauważyłam i starałam się uśmiechnąć. Myślałam raczej, że moja nocna wizyta ich ucieszy, a wyglądali zdecydowanie na zaniepokojonych i rozdrażnionych. Może nie powinnam budzić ludzi w środku nocy.
- Taaaa, może się przejdziecie? – Syriusz rozwarł szczęki i ziewnął ostentacyjnie, dając nam tym samym do zrozumienia, że chętnie jednak wróciłby do łóżka.
- O, dobry pomysł – ucieszyłam się. James podskakując nakładał spodnie i szukał różdżki. W końcu ostatni raz przeczesał palcami włosy i wyszliśmy.
Gruba Dama z portretu nie wyglądała na zadowoloną, kiedy nas zobaczyła. Fuknęła nawet, że już ona sobie zapamięta i powie McGonagall. Na korytarzu poczułam jak jest przeraźliwie zimno. Zastukałam zębami.
- O chooooleeeraaa – zatupałam w miejscu.- Zamarzam!
- Pobiegaj to się ogrzejesz – zaśmiał się James, który był wyjątkowo milczący tego… tej nocy.
- Nie bądź taki przemądry – prychnęłam i dźgnęłam go w bok. Snuliśmy się po korytarzach w zachodnim skrzydle, bo tam jest najmniej nocnych patroli. Jednak nie udało nam się uniknąć nocnego spotkania. Na drugim końcu korytarza usłyszałam kroki.
- Pewnie prefekt – szepnęłam i schowałam się za zbroją trzymającą pochodnię.
- No jasne, bo pod latarnią najciemniej – przewrócił oczami James i ciągnął mnie do jakiegoś wykuszu okiennego. Oparłam się plecami o szybę i poczułam, że na zewnątrz jest jeszcze zimniej i chyba nawet padał deszcz.
Kroki były coraz głośniejsze więc ich właściciel lada chwila mógł nas wytropić. James wstrzymał oddech, kiedy stopy przeszły obok nas. Miałam jednak wrażenie, że nieco zwolniły.
Odczekaliśmy aż osobnik oddali się wystarczająco i wyszliśmy z ukrycia.
- Spójrz jaki księżyc! – szepnęłam, pociągając go w stronę następnego okna. Wielki srebrny pyzaty balon wisiał nad Zakazanym Lasem.
- Rzeczywiście… jest w tym jakieś hipnotyzujące piękno – przetarł oczy James.
Szliśmy korytarzem niedaleko kuchni, żeby tajnym przejściem dostać się do wierzy Gryffindoru, kiedy zza Gargulca ktoś wylazł i wpadłam prosto na niego.
- Ała!
- Cholera! – zaklął i odskoczył ode mnie.
- Syriusz? – zdziwiłam się.
- Lily?- chłopak odgarnął włosy z twarzy
- Cóż za miłe spotkanie. Podobno byłeś strasznie śpiący! Śledzisz nas? – uśmiechnęłam się zaczepnie. Gdy znaleźliśmy się bliżej źródła światła spostrzegłam, że jest cały mokry, a dół szaty i buty ma ubrudzone błotem. W dodatku wyglądał jakby się z kimś bił.
- Tak, dorabiam jako detektyw – rzucił niedbale i wbił spojrzenie w Jamesa, który starał się właśnie nie ziewnąć po raz kolejny.
- Ale chyba tropisz myszy, bo wyglądasz jakbyś językiem czyścił męską toaletę – uniosłam brwi.
- Że też nie chce ci się spać – pokręcił głową Potter i pociągnął mnie lekko za rękaw.
- Każdy ma jakiegoś bzika – zaśmiał się Syriusz i ruszył z nami w kierunku Północnej Wieży.
- Dobrej nocy Lily – James pocałował mnie w policzek i zatkał sobie usta rękawem. Znowu ziewał.
- A, słuchajcie, nie widzieliście Cass? Nigdzie nie mogę jej znaleźć – zapytałam na odchodne. Pokręcili głowami tak niemrawo, że miałam wrażenie, że oni zupełnie nic nie widzieli. Nigdy. I w ogóle.
Gdy otwierałam drzwi do sypialni zaczął dzwonić budzić. Akurat na czas wróciłam. Szkoda, że mi też zachciało się spać, akurat teraz.
Koszyk Cass był nadal pusty, a królicze smakołyki nietknięte.
***
- Jak tam twoje nocne spacery ? – usłyszałam nad głową znajomy głos, w którym nie było jednak nic znajomego.
- Co chcesz? – podniosłam wzrok i zsunęłam nieco swoje książki na bok, robiąc mu miejsce.
- Nie wiesz, że takie przechadzki przy pełni księżyca mogą owocować w coś więcej niż tylko romantyczne pocałunki? - owiał mnie zapach miętowych cukierków i mokrej trawy.
- A ciebie to tak bardzo interesuje, tak? – warknęłam, pochylając się do niego.
- Może ciężko to sobie wyobrazić, ale …
- Rzeczywiście bardzo ciężko. Takich bajek nie piszą. Czego chcesz – skrzywiłam się, kiedy ścisnął mnie za przegub.
- Pilnuj się Lily, bo…
- No bo? Naślesz na mnie tych swoich bandziorów?
- Większa krzywda może cię spotkać ze strony twojego ślicznego chłopaczka. Szczególnie w taką piękną, księżycową noc – włosy opadły mu na twarz, ale nawet tak widziałam, jak złowrogo błyszczą mu oczy.
- O czym ty do cholery mówisz?
- Poszukaj swojego królika dokładniej – podniósł się z miejsca i nachylił nade mną.
- Siadaj – warknęłam.
- Już minęła mi ochota do rozmowy z tobą – odwrócił się i odszedł. Przez chwilę próbowałam wbić mu spojrzeniem kolec w dupę, aż w końcu Severus Snape zniknął mi z pola widzenia. Spojrzałam na swoje notatki. Zamknęłam książki, zwinęłam pergamin i wyszłam z biblioteki.
Nie było sensu szukać Snape’a w zamku, bo pewnie zaszył się gdzieś ze swoimi śmierdzącymi znajomkami.
Wyszłam na błonia. Deszcz nadal padał, a zatem pogoda nie sprzyjała spacerom. Pod lasem zobaczyłam Hagrida, który przerzucał coś z taczki do wielkiej skrzyni pod chatą. Zrobiłam kilka kroków i utknęłam w błocie. A cholera, najwyżej się wyczyszczę - pomyślałam ciągle wściekła na Snape’a i jego głupoty. Ruszyłam nad jezioro. Moją uwagę przykuła bijąca wierzba, która wbrew swoim zwyczajom – nie kołysała się na wszystkie strony. Wyjęłam różdżkę i zbliżyłam się do niej ostrożnie.
Przy samym jej pniu leżała jakaś czarna ścierka.
Czarna ścierka z długimi uszami.
Witam wiosennie, mimo że szablon ciągle wieśniacko-bożonarodzeniowy. Z czasem się dopracuje i to. Mam dla was notkę, bo tak mi się jakoś zrobiło ostatnio Cassiopeiowo. Sporo osób mi uświadomiło, że bardzo lubili to czytać, to żeby nie gryzło was w oczy przeszłą grafomanią, odrobina świeżości. ;-)
Doszły też do mnie głosy, że Bieg zbiegł z miesjca pobytu, więc przedstawiam państwu Bieg przez płotki jeszcze raz K L I K .
Zadziwiłyście mnie dziewczyny, że ciągle tu jeszcze wchodzicie. Dziękuję wam za to, to dało mi motywację, żeby jeszcze na chwilę wrócic do mojego ukochanego zamku. Moja Lily nigdy nie umrze, bo nigdy nie skończy Hogwartu. ;-) Jest tyle dni do opisania, że nie ma sensu tego przenosić na inne levele. Trochę jak marny sitcom, ale... Kocham bycie w moim Hogwarcie. ;-)
Wrócilo do mnie dużo z przeszłości. Znalazłam forum, na którym ktoś wymieniał Cassiopeię jako swojego ulubionego bloga potterowego. To miłe!
Uświadomiłam sobie, że gdyby nie to miejsce, nie ta moja zabawa w pisanie nigdy nie poznałabym wielu wyjątkowych osób. I jednej Wyjątkowej, czyli obdarzonej Wyjątkiem.
Moje największe szczęście, mój szeroki uśmiech, ktoś, bez kogo nie umiałabym napisać już chyba ani słowa - Lizak.
Kończyłaś piątą klasę, kiedy się poznałyśmy. Jesteś moim cudem ;-)
Dziękuję ;-)
Cóż by to była za notka bez dedykacji. Tym razem dla Lecy, bo się ostatnio zestarzała. : -)
Liluś.
Chyba zastanowię się poważnie nad opublikowaniem jakiejś pracy badawczej na temat odkrytej przeze mnie nowej jednostki chorobowej. Otóż, zaobserwowałam na obiekcie (sobie samej), że ilekroć zbliża się termin jakiegoś ogromnego testu albo (!) egzaminu, ja natychmiast zapadam na dziwną przypadłość.
Przez większą część swojego życia ( mówię o tej, której nie przesypiam), nie jestem zwolenniczką ciężkich prac fizycznych. Ani nawet lekkich. Nie będę ukrywała, że nie przepadam również za kultem porządku, ładu i zorganizowania. Zazwyczaj szkoda mi czasu, żeby przejść ze stosowej segregacji garderoby do bardziej wysublimowanych form systematyzujących. Nawet gdy moje lenistwo przekracza wszelkie granice, nie chce mi się zbierać książek z podłogi, skarpetek spod łóżka i kosmetyków zewsząd.
Ale cale moje życie się zmienia, gdy na moim psychicznym i kalendarzowym horyzoncie pojawia się tak istotny punkt w postaci edukacyjnego wyzwania. Jakimś dziwnym sposobem wstępują we mnie nowe siły. Nie wiem skąd one się biorą, bo nigdy się nawet nie podejrzewałam, ze drzemią we mnie taki pokłady energii. Chyba zbiera się ona podczas całego tego nicnierobienia i w sytuacji kryzysowej musi się jakoś wydzielić, żeby łatwiej mi było uciekać. Podobny mechanizm jak u zwierząt, hmmm…
Tak było i tym razem. Kiedy zaczęło do mnie docierać, że kończy się semestr i należałoby się nieco pouczyć, nie tylko ja byłam zaskoczona.
Moje współlokatorki nie wiedziały co mają zrobić z opadającą szczęką, czy tak zostawić, żeby sobie zwisała, czy raczej podpierać. Wokół mojego łóżka nagle można było przejść, książki leżały na stole poukładane (w zależności od mojego nastroju) kolorami lub wielkością, a wszystkie ubrania były wyprasowane i wisiały w szafie. Nawet kosmetyki udało mi się zgromadzić w jednym miejscu! Co prawda segregacja przebiegała dość mozolnie, bo co chwilę Caroline albo Sue wpadały na genialny pomysł, żeby: a to wyrzucić przeterminowane, a to sprawdzić czy dobrze im w moich kolorach (źle!), a to poprzekładać osobno szminki, osobno to co nie było moje (pfi!) a w ogóle to one się tym zajmą.
Zwykle leniwe dni w zamku udawało mi się jakoś po prostu przetrwać, ale kiedy leniwe dni powinny zawierać więcej… tego no… no… nauki(!) czas płynął jak szalony. Nigdy nie wiedziałam, jak go zatrzymać! Kiedy już zrobiłam wszystko co wymagało absolutnego i bezwzględnego zrealizowania natychmiast i nawet nie byłam głodna, żeby zrobić sobie przerwę na obiad, musiałam w końcu pójść do biblioteki. Po drodze wymyślałam listy rzeczy, które mogłyby się wydarzyć żebym mogła na nie zwalić swoje lenistwo.
Widocznie Merlin wysłuchał moich pobożnych życzeń, bo jak spod ziemi wyrósł na mojej drodze James Potter.
- Cześć Liluś! – zaćwierkał ten przykład nieudolnej sztuki fryzjerskiej.
- Cześć James – uśmiechnęłam się, gdyż bardzo sprytnie miałam zamiar wykorzystać okazję zesłaną mi przez Opatrzność.
- Słuchaj, Syriusz ma szlaban za wysadzenie schodów na czwartym piętrze…
- I nudzi ci się? – uniosłam brwi.
- Nie no, to nie jest tak, że mi się od razu nudzi. Raczej myślałem, że moglibyśmy się po prostu przejść beż korzystania z uroków Syriuszowego towarzystwa – wyszczerzył się.
- Jest to jakaś myśl – mrugnęłam do niego. Miał rację, już dawno nie byliśmy nigdzie sami, bo zazwyczaj towarzyszyła nam wesoła kompania, która bardziej przypominała delegację ze Świętego Mungo. Zwłaszcza Peter, który umiał w pełni wykorzystać wszystkie nierówności terenu żeby się wyłożyć jak długi. A jak wiadomo każda akcja ma swoją reakcję, tak jak każda Lily Evans ma swoje rozczochrane utrapienie, kiedy tylko Peter lądował na ziemi zaraz na niego wskakiwał Syriusz a na Syriusza Remus, a James posyłał im tylko tęskne spojrzenie, gdyż bardzo starał się nie być dzieciakiem w mojej obecności. Po chwili wielka kanapka się rozplątywała ze swoich kończyn i przechodziliśmy kolejne kilka jardów w spokoju i zabawa zaczynała się od nowa. Przecudownie i przegustownie.
- To chodź – poczułam szarpnięcie za kaptur i chwilę później już nic nie widziałam. Kto zgasił światło?
Wyplątałam się z szaty i pociągnęłam za sobą torbę.
- Daj to – James przewrócił oczami i zarzucił sobie ją na ramie. Skrzywił się lekko co prawdopodobnie mogło być spowodowane faktem, że miałam tam parę niezbędnych egzemplarzy podręczników, na przykład Astrologię dla wnikliwych. Zaśmiałam się cicho i pokazałam mu język. To był błąd, bo dostałam w tyłek swoją własną torbą.
James Potter lubił gadać. Chyba był jedną z najbardziej gadatliwych koleżanek jakie miałam! Najpierw tłumaczył mi zasadę rzutów wolnych w Quidditchu, potem przeszedł do wyjaśniania jakże dalece zawiłej kwestii różnicy pomiędzy tostami z serem a tostami z dżemem, a kiedy doszliśmy już nad jezioro, przypomniał sobie anegdotkę od tym, jak Hagrid karmił wielką kałamarnicę swoimi ciasteczkami.
To było nawet zabawne, kiedy wyobraziłam sobie twarde jak kamienie i wielkie jak spodki od filiżanek, ciasteczka wykonane przez Hagrida. One były zrobione chyba z betonu, bo nawet w mleku nie rozmiękały ( a zawsze tak ładnie pachniały, że się na nie nabierałam…). Wielka kałamarnica ze względu na brak uzębienia nie jest fanką pancernego pożywienia, a kiedy gajowy wsypał do wody całą misę tych „przysmaków”…
- Cóż. Przynajmniej wiemy, że można ich używać jako pocisków bojowych przeciwpiechotnych, na przykład! – zaśmiałam się, siadając na ławce i opierając nogi o omszały kamulec.
- Co?
No tak, zapomniałam, że niektóre rzeczy ze świata mugoli nie są takie oczywiste dla wszystkich. Chociaż pewnie moja mama też by nie wiedziała o czym mówię. Że już o Petunii nie wspomnę.
Już prawie zaczynałam mu wyjaśniać tajniki zbrojenia, kiedy przerwał mi po dwóch słowach:
- A! Coś jeszcze, bo przypomniało mi się, że kiedy byliśmy na wakacjach…
Pierwsze dwadzieścia minut nawet z uwagą śledziłam co się na tych wakacjach wydarzyło, kiedy znaleźli pocisk zakopany na plaży, ale potem jakoś straciłam orientację. Słońce przyjemnie grzało mnie w twarz i było tak spokojnie. Co jakiś czas krzyczał ktoś z boiska, bo Ślizgoni mieli dodatkowe, karne szkolenie z czystości gry i przestrzegania reguł.
- Ej, ty! – coś mokrego spadło mi na twarz. James Potter chlapał mnie wodą z jeziora. Zaczęłam piszczeć i zasłoniłam się rękami.
- Pokutało cię?!!- uciekałam za ławkę.
- Ja ci tu opowiadam, zwierzam się, dzielę przeżyciami a ty ZAC ZYNASZ CHRAPAĆ! Dziewczyno!! – złapał mnie wpół i próbował rozczochrać włosy. Ha ha ha! Niejeden już próbował, ale moje włosy są idioto-odporne. Nawet ja czasami nie mogę ich uczesać, tak jak chcę. Ale tego prawdopodobnie nie powinnam była mówić. Kurcze!
Szarpaliśmy się przez chwilę, raz o mało nie wpadliśmy do jeziora, raz o mało nie rozdeptałam ślimak i żaba wskoczyła mi na buta. Fuj! Kiedy już się uspokoiliśmy na tyle, że przestał mnie ze śmiechu boleć brzuch, rozejrzałam się dookoła.
- Ty, moja torba! – krzyknęłam i wskazałam palcem na punkt na środku jeziora. Powoli przeniosłam wzrok na Pottera.
- Przecież wystarczy ją przywołać! – usprawiedliwiał się i wycofywał. Zeskoczyłam z kamienia i wyciągnęłam różdżkę z kieszeni.
- Lily! Lily! Jezioro jest w tamtą stronę! Ratunku! POMOCY! – wrzeszczał ten poczochraniec. Miałam jednak wrażenie, że wcale się nie boi. Co więcej, nawet nie wyciągnął różdżki, żeby się bronić. CO WIĘCEJ, ŚMIAŁ SIĘ! Zbliżałam się do niego coraz bardziej, ale wtedy nagle jego mina całkowicie się zmieniła. Spoważniał i wyciągnął przed siebie rękę. Zatrzymałam się na chwilę, bo nie byłam pewna co chce zrobić. Jego palce zatrzymały się kilka centymetrów od mojego prawego policzka.
James przygryzł wargę i powoli przeniósł spojrzenie ze mnie na coś, co bez wątpienia było daleko za moimi plecami. Odwróciłam się, żeby spojrzeć na jezioro, ale jedyne co dostrzegłam, to wielką siną mackę, która szczelnie oplotła moją torbę. Torbę, która nie tylko zawierała podręczniki z biblioteki, które wyniosłam korzystając z nieuwagi pani Pince, ale również skończoną pracę o eliksirach zmieniających nastrój dla Slughorna. Pisałam ją ponad miesiąc i miała mnie ona zwolnić z OWTMów.
Wciągnęłam głęboko powietrze i spojrzałam na Pottera. Teraz to już naprawdę chciałam go zatłuc. Nawet bez czarów! Ot, wetknę mu tę różdżkę w d…. nos!
Wtedy zza drzewa rozległ się śmiech. Bardzo znajomy, bardzo irytujący i bardzo wyzwalający we mnie chęć mordu ze szczególnym okrucieństwem.
Syriusz, Peter i Remus wysypali się zza wielkiego dębu. Remus wymachiwał moją torbą, a wszyscy trzej zanosili się ze śmiechu.
- Nie śpij! – James objął mnie ramieniem i zaśmiał mi się do ucha. Wykrzywiłam usta w ironicznym uśmiechu.
- Ha ha, no no wyśmienite. Na pewno sam na to wpadłeś, bo bardzo śmieszne! – warknęłam i skrzyżowałam ręce na piersi, ale w końcu i ja parsknęłam śmiechem.
Całe życie z debilami….
- Jaaaameeees, pójdziesz ze mną po prezenty – zaćwierkałam pewnego dnia podczas śniadania. Reszta Huncwotów zadrżała, zamarła i ze strachem przenosiła wzrok z Jamesa na mnie i z powrotem. On sam wcale nie wyglądał na poruszonego (może poza tym, że upuścił tost do herbaty).
- Oczywiście – uśmiechnął się i kiedy myślał, że nie widzę, posłał przepraszające spojrzenie kompletnie zdruzgotanemu Syriuszowi. Remus był właśnie niesamowicie zajęty strzepywaniem okruszków ze swojej szaty, a Peter był łaskaw zalać herbatą szatę Amandy. To na chwilę odwróciło uwagę społeczeństwa od naszej małej wycieczki.
Jak wychodziliśmy z Wielkiej Sali na zajęcia temat powrócił pod postacią Caroline, która dopytywała się, czy też może iść, czy może może może może mooooozeeeeee? Amanda i Sue dyskretnie (a przynajmniej taki miały zamysł) dawały jej znaki, że może by się nie wciskała na cudze randki. Caroline widocznie bardzo dobrze opanowała ignorowanie wszelkich sugestii (możliwe, że to powoduje taki bałagan po jej stronie pokoju). W końcu zdesperowana Amanda złapała Carol pod rękę i zaproponowała:
- My z tobą pójdziemy! Muszę jeszcze dokupić kilka książek.
- A ja chcę wysłać rodzicom prezenty, bo może jak zwykle nie dojadę na czas – dorzuciła Sue.
- A dlaczego mamy nie pójść wszyscy? –odezwał się Peter wpatrując w Sue rozmarzonym wzrokiem. Syriusz z wrażenia nadepnął sobie na szatę. Remus w ostatniej chwili ocalił go przed przywaleniem nosem w podłogę i łagodnie, aczkolwiek nieco drżącym głosem odpowiedział:
- Jest to całkiem dobry pomysł.
Wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Jamesem i westchnęłam. Miałam nadzieję na sobotni spacer po ośnieżonej i świątecznej wiosce (bardzo romantyczny!) a zamiast tego czeka mnie piesza wycieczka zorganizowaną grupą wiecznie kłócących się (Amand a i Syriusz), mądrzących (Amanda i James), wpadających we wszystko co możliwe i w to co całkiem nieprawdopodobne do wpadnięcia (Peter, Caroline), poślizgujących się ze skutkiem stłuczenia tyłka (ja!!), wygłupiających się (James i Syriusz), zgubiających się z niezwykłą łatwością (Peter), trzebioczących i sceptyczno-cynicznych (Carol i Sue contra Amanda i Remus) ludzi, którzy zamiast siedzieć zamknięci w Św. Mungo chodzą swobodnie po ulicy.
I przy okazji tego obfitego w wydarzenia spaceru dotarliśmy na eliksiry. Slughorn był wystrojony w niebieską szatę w srebrne gwiazdki i cały się rozpromienił na nasz widok. Podejrzewam, ze to ma coś wspólnego z wczorajszym wybuchem eliksiru rozweselającego na zajęciach czwartego roku. Widocznie jeszcze nie wywietrzał. Ja nie widzę innego powodu do radości.
Nacisnęłam klamkę i znalazłam się w najbardziej zabałaganionym miejscu na świecie. Pod sufitem na sznurach suszyły się przeróżne części męskiej garderoby, od spodni po coś, co najpierwszy rzut oka przypominało skarpetkę, ale nauczona doświadczeniem wiedziałam, że nie wszystko musi być tym, na co wygląda. Na parapetach piętrzyły się, magicznie podtrzymywane stosy podręczników i przewodników przez magiczny świat. A na podłodze papierki po cukierkach (czyżby ktoś otworzył wcześniej Cukierek-Niespodziankę?) i pióra. Pomiędzy tym wszystkim półnagie bożyszcze hogwarckich samic. Syriusz Black bez koszulki i skutku walił młotkiem w dwie deski. Nie słyszał mojego nawoływania, więc podeszłam bliżej i klepnęłam go w ramię.
To był błąd! Młotek, który do tej pory trzymał w ręce Black nagle pojawił się nad moją głową.
-Evans! Ale się zes…trachałem- wzdrygnął się Syriusz i mimo tego że już rozpoznał swojego przestraszycie la, wycofał się pod swoje łóżko. – No więęęęc, czego tu szuka… Co cię tu sprowadza Lily? – zaćwierkał, kiedy zobaczył, że James wyłonił się z łazienki.
- James! – uśmiechnęłam się do niego i podeszłam zobaczyć, czy nie chowa przypadkiem pod łóżkiem żadnych prezentów gwiazdkowych. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że mam problem, bo jestem wścibska i w ogóle, kiedy Black znowu zaczął łomotać. W dormitorium pojawili się też Remus i Peter. Zmarszczyłam brwi i podeszłam do Syriusza bliżej. Cos mi tu nie pasowało.
- Co? – zdziwił się Black, rozglądając dookoła. Na twarzach wszystkich malowała się ta sama emocja: „Nie, ty mu powiedz”.
- Nie łatwiej by było z gwoździem? – odezwałam się nieśmiało.
Koniec części 1/12